Mój poród.

Z czasem zaczynam się przyzwyczajać, że u nas nic nie może być po prostu normalnie…

 

Końcówka 38 tygodnia ciąży. Nic nie zapowiadało tego, że coś może być nie w porządku. Zwykła kontrola. A jednak skończyło się wypisem do szpitala – zagrożenie niewydolnego łożyska, plus podejrzenie o zbyt małą wagę dziecka.wyj Trzeba to sprawdzić. Wtedy też pierwszy raz poznałam słowo “przepływy”. Skierowanie do szpitala “pilne”. Podjęliśmy decyzję, że do szpitala pojedziemy dnia następnego rano. Chciałam jeszcze zostać w Dominikiem, naszym młodszym synem. Nie robić tak wszystkie szybko.

W szpitalu zostałam od razu skierowana na oddział. Patologia ciąży. 3 razy dziennie KTG. I czekanie. Czekanie na decyzję tak naprawdę. Przez dwa dni w kółko powtarzałam lekarzom, że chcę wyjść do domu jak najszybciej, bo mam w domku małego synka. W trzecim dniu lekarz prowadzący (swoją drogą świetny specjalista), powiedział mi w końcu “Pani Karolino, ale tutaj też ma Pani synka, o którego trzeba zadbać. Prawda?”. I skończyłam marudzić.

A potem to już wszystko wydarzyło się bardzo dynamicznie. W niedziele jeszcze wszystko było okej, niestety już w poniedziałek musieliśmy działać. Będzie indukcja. Musi być. Łożysko nie daje rady, przepływy kiepskie. Pani Karolino prosze się spakować, idziemy na salę porodową…

 

Mój najpiękniejszy poród.

“Dzień dobry, mam na imię Asia i będziemy dzisiaj razem rodzić”. Młoda, śliczna położna z dużym uśmiechem. Myślę sobie “może nie będzie tak źle”. Zaczynamy od KTG, potem delikatnie oksytocyna. Pierwsze dwie godziny jestem sama, czekam na mężą – praca, syn w domu, teściowa mieszka daleko, trzeba poczekać. Póki co skurcze delikatne. Kręcę biodrami, nucę, w głowie mam szum morza i fale..fale..fale… W momencie w którym przychodzi mąż orientuje się, że mi tak świetnie idzie bo NIE MA FAL!

 

Siedzimy, rozmawiamy, przychodzi Asia “Karola, proszę Cię idź pod prysznic. Teraz naprawdę proszę, idź”. Wcześniej nie chciałam, bo nie było męża to raz, a dwa nie czułam się gotowa. No to idziemy. Mąż opowiada dowcipy z pracy, śmiejemy się, fale nadchodzą są mocne, ale jeszcze znośne. I tak po ok. 20 minutach, już nie słyszę męża, nie wiem gdzie jestem, czuje tylko potężne skurcze, chęć zmiany pozycji, ponieważ z bólu już nie ustoję i szum.. Ciągle słyszę szum. I nagle dociera do mnie, że znów jesteśmy na sali, położyłam się na łóżku, muszą mi sprawdzić jak maleńki reaguje na tak mocne skurcze i czy jest okej, a ja śpiewam. cały czas nucę i śpiewam. Chociaż w zasadzie to się nazywa chyba wokaliza. Wydaje  z siebie melodię. Oddycham bardzo bardzo oddycham, słyszę nagranie “jesteś dobra, dasz radę, twoje ciało wie co robi” i oddycham i nucę. Mąż mnie masuje, przytula, całuje. jest blisko. Ale w pewnym momencie krzyczę BŁAGAM DAJCIE MI TO ZNIECZULENIE, BŁAGAM ZAPŁACĘ WSZYSTKIE PIENIĄDZE. Mąż woła położną. Asia mnie bada, delikatnie, uśmiecha się i mówi, że już anestezjolog schodzi, żebym dała jeszcze radę i wychodzi. Ja w tym momencie zrywam się z łózka, czuje że muszę i kucam. Kucam obok łóżka trzymam się oparcia i  przychodzi do mnie panika, że już tego nie zniosę, że nie dam rady, że ucieknę. Widzę otwarte okno i chce przez nie wyjść. Ale wtedy coś się zmienia. Inaczej “śpiewam”. I nagle na salę wpada Asia i mówi KOCHANA RODZISZ!!! Odwołać znieczulenie! Myślę sobie tylko w kółko, że nie dam rady, a może dam? Wiem że się rozbieram bo wszystko mnie denerwuje co mam na sobie, Asia pomaga i zaczynamy parcie. “Kochana moja dwa trzy razy i będzie synek. Świetnie Ci idzie. Pięknie przesz. Jesteś super, jesteś ekstra mama!”. Mąż przytula się do mnie i mocno wspiera. Ale ja kiedy już już ma wyjść synek nagle przestaje i boje się, ze nie dam razy, że pękne, ze coś jest nie tak, że nie mam siły. I wtedy na salę wchodzi Anioł. Druga położna. Podchodzi do mnie, łapie mnie mocno za rękę, i mówi “Trzymaj mnie, przytul się i przyj. Jestem przy Tobie dasz radę” (płaczę pisząc to serio…). I nagle jest. Jest on. Jest mój drugi cud. Mój syneczek.

Położna ochroniła moje krocze, nie pękłam. Dała mi wsparcie. Pozwoliła rodzić jak czułam, chociaż jestem jej wdzięczna, że potrafiła być też nieustępliwa i doradziła wodę. Była blisko mnie.

Po wszystkim, kiedy leżałam już z synkiem, Asia przyszła do mnie i powiedziała, że to był piękny poród. Że dawno nie widziała kobiety, która sobie tak radziła ze skurczami. Że pięknie śpiewałam, że to było cudowne być przy moim porodzie. A ja płakałam, bo wiedziałam że wszystko to co włożyłam w przygotowania do porodu, udało się. Leżałam z moim maluszkiem, który też dał radę i był bardzo dzielny, w ramionach męża i po raz kolejny obudziła się we mnie Mama. Tym razem pewna siebie, silna, czująca bezpieczeństwo. Mama pewna tego, że jest silna i odważna.

Dziękuję Ci Beto, dziękuję Ci za wszystko co robisz. Za to że Twój BŁĘKITNY PORÓD tak bardzo mi pomógł. Za lekcję surfowania. Za naukę oddechu. Dziękuję Ci za to co robisz, bo wiem że to ciężka praca. A jednak – dajesz dużo dobrego.

Asiu, dziękuję Ci jesteś super położną. I Pani drugiej położnej, która w idealnym momencie mnie wsparła. Mojemu mężowi i całemu personelowi Szpitala w którym rodziłam. Sprawiliście, że wszystkie rany które zostały mi zadane w poprzednim porodzie, zostały uleczone :))